W kręgu ekspresji i metafory


Agata Saraczyńska: Podczas Europejskiego Kongresu Kultury udostępniona zostanie nowa muzealna galeria, która prezentować będzie gromadzoną przez Pana kolekcję polskiej sztuki współczesnej. Czy strychy są spełnieniem Pańskich marzeń?
Mariusz Hermansdorfer: - Pomysł adaptacji muzealnego poddasza pochodzi jeszcze z lat 60., ale dopiero teraz, po pół wieku zabiegów, udało się zdobyć pieniądze i zrealizować to przedsięwzięcie. Dzięki funduszom unijnym, wsparciu urzędu marszałkowskiego oraz ministerstwa kultury, na strychu budynku, w którym mieści się wrocławskie Muzeum Narodowe, powstało sześć sal wystawienniczych oraz powierzchnie magazynowe. Strychy, z których jestem dumny, mogłoby się stać dla mnie spełnieniem, gdyby nie fakt, że czeka już kolejne wyzwanie, czyli powierzona muzeum przez ministra Bogdana Zdrojewskiego misja uratowania i rewaloryzacji Pawilonu Czterech Kopuł i przeznaczeniem na oddział muzealny prezentujący nową polską sztukę.
Czyli Strychy są tylko jednym z przystanków, a nie stacją docelową?
Jest to niezwykle ważny etap w prezentacji naszej sztuki współczesnej, której zbiór we Wrocławiu liczy już ponad 20 tysięcy eksponatów ze wszystkich dziedzin twórczości. Jednak powiedzmy szczerze, jest to rodzaj przymiarki do tego, co pokażemy w 2014 roku w wyremontowanym Pawilonie.
Dotąd Galeria Sztuki Współczesnej wrocławskiego Muzeum Narodowego miała 500 metrów powierzchni wystawienniczej, strychy mają jej cztery razy tyle, Czy będzie można pokazać tam dużo więcej?
Paradoks tkwi w tym, że nowa przestrzeń umożliwi nam pokazywanie mimo wszystko mniejszej liczby dzieł - na strychach widoczne są agresywne podziały konstrukcyjne, co komplikuje budowanie spójnej ekspozycji. W obrębie jednej sali jest miejsce na powieszenie maksymalnie dwóch dużych i kilku mniejszych obrazów, dlatego zdecydowałem się na korektę stanu wcześniejszego. Do tej pory prezentowaliśmy wiele obrazów różnych autorów, często charakteryzując ich postawę tylko jednym dziełem. Zbiory gromadzone przeze mnie od 1972 roku w dużej mierze trafiały do magazynów - tak było choćby z pracami Katarzyny Kozyry, czy przykładami twórczości wrocławian – czy to Grupy Luxus, czy Lecha Twardowskiego. Teraz, mimo komplikacji przestrzennych, chcemy stworzyć pełniejszy opis naszej sztuki współczesnej. Precyzyjniejszy, bo ukazujący najważniejsze postaci przez kilka najbardziej charakterystycznych obiektów. Na ekspozycję trafi w sumie sto kilkadziesiąt dzieł.
Teoretycy i badacze bardzo różnie wyznaczają granice naszej artystycznej współczesności. Niektórzy widzą ją w młodopolskiej modernie, inni jako cezurę podają rok 1945. Sztuka jakiego okresu zostanie zaprezentowana w nowej galerii?
Wizyta na strychu ma być szansą podróży przez polską sztukę XX wieku – poczynając od 1918 roku, czyli odzyskania przez Polskę niepodległości, po czasy obecne. Od dzieł (Andrzeja czy Zbigniewa???) Pronaszki, Stanisława Ignacego Witkiewicza, Tadeusza Makowskiego, po sztukę aktualną z początku XXI wieku, czyli ostatnie realizacje z lat 2005 – 2011. Ich przykładem, ale też zapowiedzią całej wystawy, są ustawione przed muzeum dwa „Ptaki” Magdaleny Abakanowicz, artystki, której dzieła są chlubą naszego muzeum i będą ozdobą nowej galerii. Jednak trzonem pokazu będzie bardzo dobra reprezentacja sztuki po 1945 roku, dzieła z czasu Ogólnopolskiej Wystawy Młodej Plastyki w Arsenale i to, co tworzyli nasi artyści przed przełomem konceptualnym.
Udostępnienie ekspozycji  na muzealnym poddaszu zbiega się z otwarciem innej wrocławskiej przestrzeni wystawienniczej, czyli Muzeum Współczesnego Wrocław w dawnym poniemieckim schronie przy pl. Strzegomskim. To po latach posuchy czeka nas nagły urodzaj. Czy nowe wystawy są dla siebie konkurencją?
Mam nadzieję, że będą się dobrze uzupełniać. To, co u nas zostanie zasygnalizowane, tam czeka rozwinięcie – chodzi zwłaszcza o sztukę pojęciową, główny motyw awangardy od przełomu lat 60. i 70.. To właśnie odmienny kierunek gromadzenia zbiorów sprawia, że obie prezentacje mają sens, a widz dostaje pełniejszy obraz poszukiwań i odkryć artystycznych polskich autorów. Nie stanowimy dla siebie konkurencji, u nas dominować będzie malarstwo, tam instalacje i wideo, co  odzwierciedla charakter naszych kolekcji. Choć nie oznacza to wcale, że i u nas nie będzie przykładów wideoartu, na przykład w świetnym wydaniu Izabelli Gustowskiej, bo i takie prace mamy w zbiorach, ale nie stanowiły podstawy naszych zainteresowań.
Mówi Pan naszych, a właściwie było to Pańskie zainteresowanie. Na Strychach prezentowana będzie kolekcja stworzona przez Mariusza Hermansdorfera, dyrektora muzeum.
Trudno żeby było inaczej, skoro to moją rolą było od początku tworzenie kolekcji współczesnej, kupowanie sztuki nowej. Takie zadanie zostało mi powierzone w latach 70., i jestem dumny z tego, że wrocławska kolekcja liczy się w dorobku polskiego muzealnictwa. Jest inna od tych, które w Muzeum Narodowym w Krakowie tworzyła Helena Blumówna, czy Zdzisław Kępiński w muzeum Poznaniu. Różni się też od opartej na konstruktywizmie kolekcji łódzkiej zbudowanej przez Ryszarda Stanisławskiego.
To jak Pan scharakteryzuje kolekcję Hermansdorfera?
Nieskromnie - reprezentatywną dla sztuki polskiej. Rozpiętą między awangardą i mainstreamem, ekspresją i metaforą. Zaczynając ją konstruować nawiązywałem do tradycji, które przyszły ze Lwowa wraz z grupą „Artes". Pierwsza wystawa tej surrealistycznej w stylistyce grupy zorganizowana była u nas w latach 60., a mój starszy kolega Piotr Łukaszewicz opublikował jej monografię. Po październiku 1956 dynamicznie działało we Wrocławiu Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych i wspólnie ze Związkiem Artystów Plastyków i muzeum zorganizowało serię wystaw pod hasłem „Świat malarskiej metafory". Wyprzedzały one późniejszą sopocką wystawę Ryszarda Stanisławskiego „Metafory", w obu wypadkach wystawione dzieła nawiązywały do nurtów postnadrealistycznych i ekspresjonistycznych. To stało się dla mnie drogowskazem, wyznaczającym kierunek zainteresowań i muzealnych zakupów.
I w naturalny sposób później wystaw konstruowanych ze zgromadzonych dzieł. W mojej biblioteczce stoją koło siebie Pana książki-katalogi ekspozycji „W kręgu nadrealizmu”, „Między ekspresją a metaforą”,czy  „Emocja i ład”. Te pokazy mam również w oczach, czym będzie się różnić od nich program nowej galerii?
Oczywiście jest konsekwencją naszych zasobów, ale zyska dzięki nowej aranżacji. Podporządkuję ją chronologii, ale ten główny motyw organizujący będzie się nieco zaburzać, bo poszczególne sale zarysowują raczej najważniejsze kierunki rozwoju i tendencje artystyczne. Będzie to rodzaj autorskich enklaw, by nie powiedzieć kapliczek, wystawionych największym polskim artystom: Janowi Cybisowi, Eugeniuszowi Geppertowi, Piotrowi Potworowskiemu, Eugeniuszowi Eibischowi, Arturowi Nacht-Samborskiemu...
Ich nazwiska układają się w ciąg związany wyraźnie z krakowską akademią i Ecole de Paris.
Wszyscy byli przedstawicielami polskiego postimpresjonizmu, wyznaczyli kierunek, w którym później poszli prezentowani na Strychach, choćby Tadeusz Dominik, Stefan Gierowski, tworzący w Warszawie. Więc nie ma to związku z miejscem, ale poszukiwaniami artystycznymi. Na badaniu faktury i koloru, które w konsekwencji prowadziły do malarstwa materii, czy sztuki informel. Pokażemy go w najlepszym ujęciu, czyli w obrazach Jana Lebensteina, Alfonsa Mazurkiewicza, czy choćby dużo młodszego Leona Tarasewicza. Ale będą też zaprezentowani artyści, którzy malując komentowali rzeczywistość, odnosili się do niej w sposób jak najbardziej osobisty, jak choćby Andrzej Wróblewski, czy Waldemar Cwenarski, tragiczne postacie naszej sztuki, przedwcześnie zmarli, których dzieło było zapowiedzią, a jednak pełną i wyrazistą. Późniejszy okres ilustrują obrazy Edwarda Dwurnika, Jana Dobkowskiego, a z naszego środowiska Jana Jaromira Aleksiuna, czy Eugeniusza Geta Stankiewicza, no i przedstawiciela młodych dzikich z lat 80. Zdzisława Nitki.
Cały czas mówimy o malarstwie, czy na wystawie będą jedynie obrazy?
Oczywiście nie tylko, bo przecież wśród polskich autorów i w naszej kolekcji mamy dzieła tak wybitnych indywidualności jak Magdalena Abakanowicz, która nadała nowy wyraz tkaninie artystycznej, czy też Tadeusza Kantora  i Józefa Szajny, którzy stworzyli nowy wymiar scenografii teatralnej. Bez ich prac nie wyobrażam sobie żadnej prezentacji sztuki polskiej, a nam udało się zgromadzić bardzo dobre przykłady ich artystycznych wizji. Posiadamy w zbiorach także doskonałe kompozycje innych pionierów rzeźby: Aliny Szapocznikow i Władysława Hasiora. To osobowości twórcze najważniejsze w całej historii polskiej sztuki. Poza tymi wielkimi nieobecnymi, bo już nieżyjącymi, swoje miejsce na wystawie znajdą młodsi rzeźbiarze, którzy obecnie nadają światowy ton tej dyscyplinie. Zaczniemy od pokazania pierwowzoru plenerowej rzeźby „Przejście” Jerzego Kaliny, która stoi na skrzyżowaniu wrocławskich ulic Świdnickiej i Piłsudskiego. Zaprezentujemy konstrukcje Marka Chlandy, a także przykłady twórczości Mirosława Bałki i Pawła Althamera. Uzupełnieniem naszej prezentacji będzie polskie szkło i ceramika, wrocławska spécialité de la maison, wynikająca z tradycji regionu i specyfiki uczelni plastycznej. Już w latach 50. szefowa działu rzemiosł i późniejsza dyrektor muzeum, Maria Starzewska, zaczęła gromadzić tę mocną kolekcję o charakterze ogólnopolskim.
Wielokrotnie spotykał się Pan z zarzutem, że na listach zakupów do zbiorów muzealnych pomijane są dzieła artystów wrocławskich.
Na fali pierwszej Solidarności chciano mnie za to nawet usunąć z muzeum. Gdybym dostosował się do żądań środowiska lokalnego nie rozmawialibyśmy dziś o tej wystawie. Wrocławscy artyści, choć miewali dobre okresy i ciekawe pomysły, nie wyszli w świat z wystarczająco mocną propozycją. Ich sztuki nie ma na rynku. U nas na wystawie oczywiście się znajdą, ale nieliczni, jak choćby Anna Szpakowska-Kujawska ze swoimi kalabaszami, czy jej koledzy z Grupy Wrocławskiej: Jerzy Rosołowicz i Zdzisław Jurkiewicz, twórcy wybijający się ponad lokalną przeciętność.
Pokażecie rozwój współczesnej sztuki, ale przemianie ulega także współczesny widz. Nie wystarczy powieszenie obrazów, potrzeba jeszcze wyjaśnić kontekst ich powstania, trzeba zachęcić  publiczność do poznawania, rozumienia. Jak to zamierzacie osiągnąć?

Bez informacji i edukacji wystawy nie istnieją. Przygotowujemy polskie i angielskie opisy każdego autora i dzieła, pracujemy nad komputerowym przewodnikiem po ekspozycji, oraz nagraniem przeznaczonym do odsłuchiwaniem w salach. Specjalną ofertą będzie prezentacja dla niewidomych i niedowidzących – czyli skopiowane w formie reliefowej eksponaty z wystawy. Przygotowujemy też zestaw quizów i zabaw dla dzieci oraz młodzieży, by zachęcić tę ważną dla nas grupę odbiorców do aktywnego poznawania sztuki. Takich rozwiązań jeszcze u nas nie było.

Wywiad ukazał się we wkładce do Gazety Wyborczej, 9.09.2011